Zachęcamy do przeczytania zapisu rozmowy z panią Danutą Olender – byłym pracownikiem Zakładów Jedwabniczych, aktywnym członkiem  założycielem  Stowarzyszenia Muzeum Jedwabnictwa Milanowskiego.

 

Wspomnienia zostały właśnie opublikowane na łamach Biuletynu Miasta Milanówka Nr 8/2017.

„..Oglądamy laurkę ślubną z 1945 od pracowników CDSJ dla moich rodziców z  podpisami wielu znajomych członków „jedwabniczej rodziny”.

– Pani Modzelewska była główną księgową, pani Hanze kadrową, Janusz Korejwo, pani Dickson, lekarka, no i malarki: Irena Adamczyk, Hala Sawicka, Józia Mularska, pięknie malowała róże. Moja ciocia Eleonora pracowała w księgowości, mama na tkalni, a potem ciocia Danusia trafiła na malarnię.

Gdy zgłaszały się do pracy młode kobiety, kierowano je do tkalni. Tam obserwowano, czy mają zdolności plastyczne, kulturę osobistą, obycie. Stanisława Witaczkówna spotykała się z nimi, rozmawiała i po jakimś czasie, jeśli spełniały oczekiwania, przenoszono je do malarni jako pomoce dla starszych malarek. To one miały nad nimi opiekę i odpowiednio edukowały. W jednej sali przebywało ponad czterdzieści kobiet, dlatego wymagano kultury i umiejętności współżycia.

Jako dziecko z rodziny jedwabniczej zaczęłam pracę w dziale zbytu. Nie było taśmociągów, ręcznie przenoszono ogromne ilości materiałów. Po kilku latach dokuczały mi silne bóle kręgosłupa, chciałam zmienić pracę. Zaproponowano mi stanowisko kierowniczki magazynu, ale bałam się wziąć odpowiedzialność za stosy dokumentów. Każdemu musiałabym patrzeć na ręce.

Kierowniczką malarni była Ewa Noińska, moja siostra cioteczna. Nie pozwoliła mi odejść, wzięła mnie do malarni. Zaczęłam od nauki pisania na szarym papierze pisakami, niewprawna ręka drętwiała z wysiłku. Przypinałam szpilkami kupony do stołów, szorowałam stoły, naczynia. Ale pędziłyśmy kolorowe życie, pracownicy z innych działów mówili o nas artystki. Stanowiłyśmy zgrany zespół, stale ktoś nas odwiedzał – wycieczki, studenci szkół artystycznych, żony dyplomatów. Kiedy nabrałam wprawy, musiałam zdać egzamin, zanim samodzielnie zaczęłam malować.

 

Starsze pracownice odchodziły na emeryturę, w ciągu pół roku wymieniła się prawie cała pracownia. Czasy były trudne, inne warunki pracy, wszystkiego zaczęło brakować, przyszli nowi ludzie, także mężczyźni, a fabryka powoli podupadała. W 1981 poszłam na urlop macierzyński i już tam nie wróciłam.

Mój ojciec – Stanisław Bąk – w 1939 ukończył Szkołę Podoficerską I Pułku Lotniczego, skierowany do budowy okopów na wschodzie, po wkroczeniu Rosjan trafił do obozu w Baranowiczach. Miał przy sobie pióro wieczne ze złotą stalówką. Razem z kolegą uciekli z obozu przekupiwszy strażnika właśnie tym piórem. Dwa tygodnie szli pieszo do Warszawy, przepłynęli wpław Wisłę, jedli surowe kartofle i marchew.

 

Ciocia Eleonora poradziła, by zgłosił się do pana Witaczka, który na pewno go przyjmie do pracy. I tak się stało, ojciec zaczął jeździć na traktorze, zaopatrywał  fabrykę w różne towary. Wielokrotnie jeździł do Getta w Warszawie, zawoził lekarstwa, pieniądze i inne rzeczy schowane w specjalnej skrytce. Każdy pobyt w getcie ogromnie przeżywał, wracał zdruzgotany tym, co widział.

Moja matka, Rozalia, już jako narzeczona ojca pracowała w Stacji przy krosnach i  dostała skierowanie do przymusowej pracy w Rzeszy. Ojciec poprosił panią Stanisławę, by ją od tego wybroniła. Stanisława przygotowała  zaświadczenie, że jest niezbędna w fabryce jako wysoko wykwalifikowana specjalistka. Nie raz jeździła z butelkami bimbru do Łodzi, gdzie decydowano o sprawach CDSJ, po łapankach w Milanówku udało jej się  wyratować wiele osób.

Młodzież spotykała się u moich dziadków na Kościuszki 100, gdzie  przebiegała granica miasta. Tu kończyły trasę niemieckie patrole, a przez łąki przychodzili młodzi konspiratorzy, odbywali zebrania, opracowywali plan działania, a potem grali w karty, bawili się, często zostawali na noc ze względu na godzinę policyjną. Podobno działała tam radiostacja. Nikt nikogo nie sypnął, a kiedy komuś groziło niebezpieczeństwo, ukrywał się u dziadków, jak wspominali pan Jurek Miąsek czy pan Jan Kubek.

Po wojnie ktoś doniósł, że ojciec był w AK, wzięli go na przesłuchanie do UB w Grodzisku, siedział  tydzień w piwnicy, dopiero ojciec Ewy Noińskiej, działacz PPR-u, go stamtąd wyciągnął.

Odszedł z fabryki, pracował w Warszawie, ale tam też mu nie odpowiadało, więc wrócił do  Milanówka. Obrabiał pole dziadków, wstawał o trzeciej rano, a potem szedł do pracy.

Kiedyś ktoś wpadł do nas o szóstej rano, bo DPN[1] się pali. Ojciec  w piżamie chciał lecieć na ratunek jedynej żywicielce okolicznych rodzin. Po wojnie kierował ślusarnią, przepracował w fabryce czterdzieści dwa lata. Jak przeszedł na emeryturę, nie umiał się odnaleźć, bardzo mu brakowało pracy. Kiedy wracałam do domu, opowiadałam mu, co się wydarzyło.

Kiedy pan Witaczek w latach siedemdziesiątych przyjechał do fabryki odebrać rekompensatę za jej upaństwowienie, zapanowała zmowa milczenia. Ewa Noińska skrzyknęła kilku starszych pracowników i wtedy po raz pierwszy miałam okazję go zobaczyć. Wszedł, odebrał symboliczną kwotę, podziękował Loli, kasjerce, siostrze ojca. Pracownicy czekali na dziedzińcu, w milczeniu przywitał się z nimi i odszedł… Niegdyś za swoich pracowników  gotów był oddać życie.

Był na pogrzebie ciotki Eleonory w 1977. Staliśmy nad jej grobem, kiedy mój ojciec powiedział  ze wzruszeniem:

– Pan Witaczek, że się dowiedział i przyjechał…

W następnym roku rodzice pojechali na jego pogrzeb. To było bardzo smutne wydarzenie, przechowuję nekrolog wycięty z gazety…”

                                                                     Spisała Joanna Prosińska – Giersz

[1] Dział Przygotowania Nici

Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Danuty Olender


Partnerzy